O zjawisku podglądania na podstawie programu Big Brother.
Potrzeba podglądania.
Zjawisko podglądanie nie jest rzeczą
ani nową ani znamienną dla czasów cywilizacji końca XX wieku. Podglądanie czyli „przyjrzenie się komuś lub
czemuś ukradkiem, niepostrzeżenie, w chwili gdy ktoś nie chce być widzianym”[1]
znane jest od niepamiętnych czasów, jedynie formy podglądactwa się
zmieniły. Od podglądania przez dziurkę
od klucza do wścibskiej kamery, pokusa podglądania pchała ludzkość do obnażania
bliźnich, do zaglądania w strefy życia intymnego, do wkraczania w miejsca
zabronione.
Podglądanie innych w sytuacjach
granicznych, tj. w sytuacjach którymi filozofia określa: narodziny, miłość, śmierć, okazuje się
potrzebą nieodpartą, zdradzaną już przez najmłodszych, co wskazuje na jej
niezmienny, naturalny charakter.
Z
doświadczenia podglądactwa Zygmunt Freud (1856-1939) uczynił główne przeżycie,
wokół którego kształtuje się psychika dziecka. Podejrzany we wczesnym dzieciństwie akt miłosny rodziców (tzw. „scena
pierwotna”) determinuje dalszy jego rozwój. Choć scena ta, odbierana jest tylko
zmysłowo i pozbawiona jest zrozumienia jej znaczenia (które przyjdzie znacznie
później), już w chwili patrzenia pozostawia w psychice dziecka wyraźny ślad.
Ciekawość, która skłoniła młodego
człowieka do podglądania rzeczy, na które nie był przygotowany, wywołuje w nim
szok. Sytuacja ta jest dwojako przedstawiana. Po pierwsze jest to „wyrwanie”
dziecka z iluzji bezpieczeństwa, z przekonania że żyje w świecie
przewidywalnym. Po drugie dzięki właśnie temu „wyrwaniu” może odkryć w ogóle że
istnieją rzeczy niezrozumiałe i niezależne od jego potrzeb. Człowiek dorosły podglądając, wystawia się
zawsze na powtórzenie tej sytuacji pierwotnej, pierwszej ciekawości odkrywania
nowego. Z tego punktu widzenia, Freud udowadnia pozytywy płynące, można by rzec, z góry pejoratywnie ocenianego
podglądactwa. Dzięki niemu bowiem człowiek zostaje zmuszony do wysiłku
poznania.
Zatem wnioski wynikające z tej tezy
są klarowne: podglądamy to czego nie
rozumiemy, co nas dziwi, budzi nasz niepokój. Podglądamy ponieważ powoduje nami
głód rzeczywistości, nieznany zwierzętom. Akty podglądactwa są zatem zarazem
naganne i niezbędne: stanowią przedmiot zakazu i milczącego przyzwolenia. Tak
było od samego początku: od biblijnego zakazu bycia nadmiernie ciekawym, zakazu
który musiał zakończyć się jego złamaniem.
Rodzice zatem, nie mają innego wyjścia, jak zaakceptować tą
nienasyconą dziecięcą ciekawość która prowadzi do podglądania, jak również
zaakceptować to że posiądą wiedzę, która stanie się dla nich źródłem niepokoju
i jeszcze większej ciekawości. Podobną sytuację mamy, na polskiej wsi. Wbrew
zakazom rodziny, dzieci i tak zobaczą poród cielaków, źrebiąt i innych zwierząt
hodowlanych oraz równie „zakazane” zgony.
Dziecięcy instynkt, który w wyżej
wymienionych przypadkach pchał je do podglądactwa, bynajmniej nie słabnie po
osiągnięciu pełnoletności. Tłumy gapiów stojących nad ofiarą wypadku, łamiących
wszelkie zasady etyczne, świadczą że podpatrywanie (w tym wypadku ludzkiego
nieszczęścia) jest potrzebą nie do wykorzenienia.
Nie wszystkie jednak aspekty
podglądactwa wymagają gloryfikacji. Podglądanie, choć samo w sobie nie jest
chorobą, dość łatwo może przejść w patologię, jeśli nie towarzyszy mu kulturowe
uzasadnienie, które powołuje się na racje wyższe jaką jest nieodparta ciekawość
nowej rzeczywistości, które nie da się spenetrować innymi środkami. Tu właśnie pojawia się pozafreudowskie
rozumienie tego zjawiska. Cywilizacja teraźniejsza odrzuciła uzasadnienie
„niezdrowej ciekawości”.
„... Rzymianin uzbrojony w
Internet, kamery i masowe media.”
Podglądactwo od czasów Freuda nie zmieniło się prawie
wcale. Wciąż pełni tą samą funkcję:
nadal dostarcza człowiekowi, teraz już mieszkańcowi globalnej wioski – wglądu w
byt, nadal zaspokaja głód obcej rzeczywistości, ale już w zupełnie innej
formie.
Zmieniło się przede wszystkim podłoże podglądania. Nie
doszukujemy się już wartości poznawczych, ale przed wszystkim rozrywki,
tendencja ta idzie w kierunku upłynnienia granicy między tym co publiczne a tym
co prywatne. Jest to jedna z głównych
tendencji w kulturze masowej.
Masowej kulturze poświęcona została zbiorowa publikacja pod
redakcją Rosenberga i D. M. White`a pt. Kultura
masowa. Sztuki popularne w Ameryce (1956). Według autorów w okresie od roku
1901 do 1941 liczba artykułów w amerykańskich gazetach, poświęconych wybitnym
ludziom z dziedziny handlu, wolnych zawodów i polityki zmniejszyła się
znaczenie, podczas gdy o 50% wzrosła liczba artykułów, poświęconych ludziom
zajmującym sportem, filmem czy muzyką. Szło to niemal w parze z akcentowaniem
rysów osobowości przedstawionych bohaterów: uzyskali oni sukces życiowy nie
dzięki swym osobistym cnotom, lecz przez czysty przypadek. Cała walka o sukces
wyglądała więc jak loteria, w której jedni zyskują, a inni tracą bez względu na
swe zasługi. Wpływ takiej biografii na masowego czytelnika jest ogromny i
niebezpieczny. Po pierwsze zachęca w oczywisty sposób nie tylko do podglądania
ale także do brania przykładu (np. „Ja też tak mógłbym”). Po drugie odstręcza
od wszelkiego wysiłku i ambicji („nie ma żadnych zasad, po co więc
walczyć”). Zachowania takie mogą
prowadzić do patologicznych stanów. (Chałasiński, 1962)
Współcześnie, w dobie kultury masowej, panuje tendencja do
odrealnianie świata, do zastępowania rzeczywistych doświadczeń przeżyciami
stymulowanymi i zastępczymi, do
podmieniania otaczającego nas bytu przez tak zwaną „hiperrzeczywistość” (J.
Baudrillard 1999), która przedstawia realność tak doskonale i wyraziście że
zastępuje nasz własny byt. Hiperrzeczywistość to rzeczywistość bardziej rzeczywista od samej
rzeczywistości twierdził Baudrillard i
dodawał że człowieka otacza dziś „mgławica symularków”, a więc nie po prostu
zwyczajnych bytów, których zwykł doświadczać pięcioma zmysłami, ale niezwykle
wytrawnych podróbek, które zaludniają wirtualny świat mediów, dając mu poczucie
rzeczywistości mocniejszej i prawdziwszej niż ta otaczająca.
Człowiek zanurzony w „hiperrzeczywistości”, w owej mgławicy
symularków, ocenia swoje „realne” przeżycia wedle tego, czy przystają one do
obrazów wypromowanych przez filmy, jakie ogląda, widzi siebie w lustrze przez
pryzmat idealnych wizerunków z reklam, głosując w wyborach przekłada
wyidealizowany medialny image
polityka nad wiedzę o jego realnych poczynaniach. Poczucie realności rozchwiewa
się u niego bezpowrotnie; inwazja obrazów, jakimi bombardują go media,
przechwytuje jego rozumienie świata, zagarnia jego kontakt z bytem.
W takim świecie, gdzie
to co realne jest bardzo trudne do zidentyfikowanie, gdzie „nie sposób dotrzeć
do niezapośredniczonego jej
[rzeczywistości] poziomu, do tego, co absolutnie rzeczywiste” [2],
pojawia się szczególnie dotkliwy głód rzeczywistości – a w konsekwencji tym
silniej pojawia się potrzeba podglądania, bowiem oba te zjawiska są ze sobą
nierozerwalnie połączone. Obok wygładzonych, komputerowo przetworzonych
obrazów, które są piękniejsze, wyrazistsze i pełniejsze niż rzeczywistość
naszych ułomnych zmysłów, zaczynają wyłaniać się obrazy, których rola jest
dokładnie odwrotna. Polega ona na pokazywaniu świata takim, jakim jest, bez
obsłonek i fałszujących klisz. Oba typy obrazów płyną przez media dwoma,
całkowicie obocznymi strumieniami.
Byłoby dziwne, gdyby media nie wykorzystały potrzeby
podglądania, jakie rodzi typowo ludzka niezdrowa ciekawość. Tak zrodziła się
potrzeba na rozrywkę XXI wieku – reality
show.
Reality show
przybiera różne postaci. Raz jest to olbrzymia medialna machina na skalę
światowego sukcesu Big Brother, innym
razem to mała internetowa witryna prezentująca spokojne życie Szwedzkiej
rodziny. To co łączy wszystkie projekty opatrzone szyldem reality show to ekshibicjonizm emocjonalny. Jacek Santorski, znany
psycholog a od niedawna konsultant polskiej edycji Big Brother mówi o tego typu inicjatywach: „to znak czasu, tej
kultury, nas, Rzymian uzbrojonych w Internet, kamery i masowe media” i choć
twierdzi że nie jest entuzjastą takich zjawisk w kulturze a w jego hierarchii
intymność i prywatność należą do priorytetów to dodaje że „jednocześnie jestem
realistą (...) mam do wyboru: to kill or
to join [zabić lub przyłączyć się]”[3].
Przed takim wyborem nie stawia się profesor Hanna Świda – Ziemba, socjolog z
Uniwersytetu Warszawskiego, dla której prywatność jest najważniejszą wartością
człowieka: „Za czasów mojej młodości takie rzeczy byłyby nie do pomyślenia. O
osobach, które w ten sposób obnażałby się, mówiono by dewianci.” Dodaje też że wytworzone kryteria społecznego
wartościowania, ze względu na to czy ktoś się widzi w telewizji czy nie i jak
bardzo odsłonić się potrafił doprowadziły do tego że: „Taka jest współczesna
cywilizacja. Cywilizacja ekshibicjonistyczna”[4].
Prawdziwe reality
show swoje początki wzięło w Internecie. Na tysiącach stron WWW możemy
zobaczyć prywatne życie wielu internautów. Od samotnej 32 –letniej nauczycielki
mieszkającej gdzieś na południu Stanów Zjednoczonych do dwóch studentów
mieszkających w jednym z akademików w Sydney – światowa sieć prezentuje całą
rzesze ludzi do podglądania. Prawie wszystkie Internetowe projekty są
niedopracowane; źle oświetlenie, zła jakość obrazu i co najważniejsze
najczęściej nieciekawy, mało interesujący przekaz – to wady tego typu przedsięwzięć. Ale precedens, jakim było umieszczenie kamery
w małym pokoju i „sprzedawanie” swojego życia na świecie, odbiło się echem,
którego autor pierwszego reality show,
nie przewidział.
Inną „twarzą” reality show jest projekt Nautilius w Chile. W końcu stycznia, czyli w środku lata,
u zbiegu ruchliwych ulic Bandera i Monedaw Santiago, kilkaset metrów
od pałacu prezydenckiego, i - co nie bez znaczenia - naprzeciwko kościoła, dwaj
młodzi architekci - Arturo Torres i Jorge Cristi - zbudowali szklany dom,
a właściwie pokój z kuchnią i - co okazało się najważniejsze -
z łazienką. W domu "zamieszkała" dwudziestoletnia aktorka
Daniela Tobar, której bezpieczeństwa dzień i noc pilnował (pozostając na
zewnątrz) student architektury Sebastian Aguirre. Daniela starała się
w szklanym domu prowadzić normalne życie. Od pierwszych chwil eksperyment,
wywołał zainteresowanie, zwłaszcza ze
strony tłumu gapiów, których interesowało tylko jedno: toaleta. Wybuchł spór,
czy szklany dom ma coś wspólnego z nauką i sztuką, czy to jest np.
badanie relacji pomiędzy tym co prywatne a tym co publiczne, analiza typu
"człowiek w mieście", samotność w tłumie etc. - czy
pornografia i epatowanie nagością. Po trzech tygodniach szklany dom został rozebrany. Kontrowersje i debaty
o słuszności takich inicjatyw trwały jeszcze długo.
Poważnie o reality show, w kategoriach zjawiska socjologicznego, zaczęto mówić
po premierze filmu „Truman Show”. Niektórzy klasyfikowali go jako fantastkę naukową. Miasto schowane pod
gigantyczną kopułą i będące monstrualnym planem filmowym wywoływało przerażenie
albo westchnienie ulgi, że to jednak świat nierealny. Film miał doskonałe
recenzje, ale kilka lat temu nikomu nie śniło się, że rzeczywistość z „Truman
Show” nie jest światem wyimaginowanym, lecz przyszłością telewizji. Bohater
żyjący w idealnym świecie, który powoli zaczyna się orientować, że otacza go
iluzja, to ulubiony chwyt pisarzy i reżyserów fantastów. Napisano o tym setki
książek i nakręcono setki fabuł. Bohaterowie „Seksmisji” też odkrywają, że
otacza ich sztuczny świat. Ale krytycy doszukiwali się w „Truman Show” dalej
idących skojarzeń. Bohatera "Truman Show" porównywano z biblijnym
Adamem odchodzącym z raju. Kilka lat po realizacji okazało się, że „Truman
Show” przestał być filmem fantastycznym. Trumana (w tej roli Jim Carrey)
obserwuje przez całą dobę pięć tysięcy kamer i tylko skala przedsięwzięcia jest
inna niż w holenderskim programie "Big Brother". Tu bohaterów
obserwowało 28 kamer. Filmowy producent największego podglądackiego
programu bardzo trafnie ujmuje ideę
przedsięwzięcia: „Znudziło nas oglądanie
aktorów, i ich udawanych emocji. Mamy dość pirotechniki i efektów specjalnych.
Świat który zamieszkuje jest w prawdzie do pewnego stopnia umowny jednak w samym Trumanie nie ma ani krztyny fałszu, nie ma scenariusza,
nie ma kart z dialogami. Może to nie Szekspir, ale coś autentycznego. Samo
życie.”[5]
Reality show
najpełniej jednak realizuje się w
telewizji. Istnieje całą gama programów
bazujących na ekshibicjonizmie emocjonalnym. Ich producenci argumentują, że
wychodzą jedynie naprzeciw oczekiwaniom widzów. W rzeczywistości jednak nie tylko
je spełniają, ale stwarzając coraz to nowe okazje do podglądania i obnażania
się, w istotny sposób je kreują, utwierdzają także w przekonaniu, że im
bardziej człowiek zostanie obnażony, tym jest prawdziwszy. Coraz częściej
widzowie przypatrują się obnażonemu i
obnażającemu się człowiekowi bez większych skrupułów. Pozwalając znieczulić się
do tego stopnia, że w tym podglądaniu czują się bezgrzeszni. Być może
przeprogramowaniu uległa wrażliwość i w
odczuciu wielu, gdzie indziej przebiega już granica między tym co wolno, a
czego nie godzi się robić drugiemu oraz sobie.
Ta nowa wrażliwość
ujawnia się również w wyborze formuły opowiadania o człowieku. Chodzi w niej o
to, żeby podejść jak najbliżej, już nie tylko podglądać, ale sprawić, żeby ten,
kogo chcemy podglądać sam się przed nami obnażył. Ekran traktowany bywa jak
dziurka od klucza, a nawet jak scena w nocnym klubie, na której odbywa się
„striptiz”.
Pośród podglądackich
programów dostrzec można pewną istotną różnicę, pozwalającą wyodrębnić ich dwie
kategorie. W jednej chodzi tylko i wyłącznie o striptiz. Jest on aranżowany, by
dostarczyć rozrywki. Tu należą np. talk-shows, w których znane osoby odpytywane
są ze swojej prywatności. Programy należące do drugiej kategorii sugerują, że
chodzi w nich o coś więcej. Tu duchowy i emocjonalny striptiz ma czemuś służyć
– naprawieniu wzajemnych relacji, poddaniu pod publiczną dyskusję problemu.
Trudno zaprzeczyć, że skłonność do podglądania, a rzadziej
także do obnażania się, tkwi w ludzkiej naturze. Nie oznacza to jednak, że są
to zachowania naturalne. Opowiadanie o najintymniejszych sprawach obcym ludziom
nie jest naturalne, podobnie jak naturalnym nie jest przysłuchiwanie się tym
opowieściom czy przyglądanie się człowiekowi w sytuacjach intymnych. Naturalne wydaje
się raczej, że człowiek próbuje chronić prywatność i nie tylko odczuwa wstyd,
odnajdując w sobie skłonności do podglądania, ale próbuje z nimi walczyć.
Istnieje jednak niemało dowodów na to, że współczesny człowiek coraz
skuteczniej potrafi wyzwalać się ze wstydu.
Przedsięwzięciem które często
nazywane jest preludium do „Big Brother” jest projekt telewizyjny utrzymany w
konwencji reality show –
„Agent”. Program narodził się dwa lata
temu w Belgii w firmie producenckiej
Woesttijnvis (Pustynna Ryba). Dziesięciu uczestników staje przed wyzwaniami:
mają skoczyć na linie w przepaść, znaleźć kolegów posługując się
fragmentarycznymi informacjami albo w wielkim labiryncie uniknąć złapania i
trafić do wyjścia. W każdym odcinku jeden z nich dostaje czerwone piórko i
odpada z programów. Przegrywa ten, który najmniej wie o Agencie i najmniej
precyzyjnie odpowie na 20 pytań o Agenta. Tytułowy Agent to zakonspirowany
członek grupy, którego zadaniem jest potajemne paraliżowanie wysiłków pozostałych. Członkowie w każdym
odcinku mogą wygrać pieniądze. Zadaniem Agenta jest sprawić, by wygrali ich jak
najmniej. Do finału dociera trójka uczestników w tym agent, wygrywa tylko
jedna. Mieszanka 12 osobowości: od Izoldy – gospodyni domowej, poprzez Jurka
byłego górnika, studenta Remka do energicznej pięćdziesięciolatki Izy, została
poddana próbie. Przez trzy tygodnie odcięci od rodziny, przyjaciół, od kraju,
musieli przejść przez najróżniejsze zasadzki zaprojektowane przez producentów,
a przede wszystkim musieli pokonać samych siebie i swoja psychikę. Bez
prywatności, bez chwili oddechu, grupa musiała poddać się największemu
eksperymentowi psychologicznemu w Polsce. „Prawdziwe łzy, prawdziwe emocje – nie ma miejsca na grę”[6]
– mówi producentka programu Ewa Leja. Przez trzy miesiące miliony ludzi w
Polsce zastanawiały się kim jest Agent. Pierwszego stycznie wreszcie wiadomo –
Agentem jest Agnieszka.
Pomysłodawcy
programu „Survivor” poszli o krok dalej niż belgijscy twórcy „Agenta”.
Szesnastu uczestników zostało rzuconych na małą wyspę na Morzu Chińskim. Ich
przygoda z „Ryzykantami” (polski tytuł) rozpoczęła się w marcu ubiegłego
roku. Konwencja jest podobna do
wspomnianego już „Agenta”. Uczestnicy podzieleni na dwa plemiona co trzy dni
usuwają ze swego grona osobę która jest niewygodna, najwięcej przeszkadza,
wprowadza złą atmosferę w grupie. Dzień po dniu, w miarę zmniejszania się
liczby osób biorących udział w „Ryzykantach” plemiona połączyły się i dalej eliminowały zbędnych uczestników. Gdy
została już tylko dwójka, osoby które odpadły wybrały z pośród nich tą, która
dostała jeden milion dolarów. Życie na
wyspie, podglądane cały czas przez
kamery nie należało do łatwych. Ryzykanci walczyli o jedzenie, przywilej
przejścia do następnej rundy czy o tak prozaiczne nagrody jak gazeta czy
prysznic. Po niemal 40 dniach
eksperymentu wyniki były inne niż przewidzieli producenci. Jeden z uczestników
musiał opuścić wyspę z powodu podejrzenia o anoreksję, inny z powodu
pogryzienia przez tropikalne owady. Pomimo licznych kontrowersji i oskarżeń o zmuszanie do życia w skrajnych
warunkach i stwarzania sytuacji zbliżonych do tych w których żyli ludzie
pierwotni, przygotowania do drugiej części „Survivior” trwają.
Interesująca
wydaje się w takich przypadkach rola producentów podglądackich programów.
Szachują oni ludzkimi emocjami i
czasami w sposób bezwzględny obchodzą się zarówno z uczestnikami inicjatywy,
jak i z potencjalnymi podglądaczami. „Wraca
do łask dokument – powiedział „Życiu” Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN,
która zamierza realizować „Wielkiego Brata” w Polsce. – Ludzie wolą nagą
sytuację niż komentarz dziennikarski. Czyste mięsko z grilla”[7].
„Big Brother – Wielki Brat”
17 września 1999 roku scenariusz
filmu Truman show spełnił się.
Holendrzy zasiedli przed telewizorami by obejrzeć największe przedsięwzięcie
medialne jakie widział świat. Projekt Big Brother - Wielki Brat, swoją nazwę wziął od wydanej tuż po wojnie
książki Georga Orwella – Rok 1984. Autor przedstawił w niej wizję społeczeństwa
w którym każdy obywatel znajdował się pod stałą kontrolą wszechmogącego
przywódcy.
„Wymyśliliśmy
Big Borther we troje dwa lata temu – opowiada Paul Romer, twórca i główny
reżyser widowiska - Razem z Johnem De Mol rozmawialiśmy akurat o
nowych tendencjach w telewizji, no i wpadliśmy na pomysł Domu”[8].
Na początku plany były efektowne i ambitne. Dom miał być wyposażony we wszelkie
luksusy, sauna, basen, kominek. W tym domu przez rok miało mieszkać sześcioro
osób. Projekt przerósł możliwości twórców, finanse nie starczyły by na
wszystkie udogodnienia i na tak długi program. Mimo to, po wprowadzeniu zmian, Big Brother i tak jest
najdroższym programem w historii holenderskiej telewizji, a jego utajnione
finanse szacuje się na 10 mln zł.
Najsłynniejszy Dom w Holandii stoi
na przedmieściach Almere – miasteczka usytuowanego o 30 kilometrów od Amsterdamu, tuż obok
siedziby John De Mol Produkties. Zbudowany jest specjalnie na potrzeby
programu, według unikalnego i pilnie strzeżonego projektu, otoczony jest
wielkim, potrójnym płotem dla ochrony przed fanami i przeciwnikami programu. Z
oddali wygląda jak gigantyczny barak.
Budowla
naszpikowana jest specjalistyczną aparaturą audiowizualną. Podstawowym
założeniem konstrukcji Domu Wielkiego Brata była nie tyle wygoda jego mieszkańców,
ile stworzenie idealnych warunków do nieustannej obserwacji ich życia.
Dziesiątki mikrofonów wychwytują nawet najmniejszy szmer, kamery ukryte za
lustrami weneckimi non stop podążają
za każdym z mieszkańców, są wszędzie – w salonie, sypialni, toalecie. Tu nie
może być mowy o prywatności. Akcje
śledzi ekipa telewizyjna, która zamieszkała w oddzielnym, mniejszym domu. Jedynym miejscem, gdzie uczestnicy mogą wyjść
na zewnątrz jest mały ogródek otoczony kratami.
Do środka mogą wejść tylko
psychologowie, którzy raz w tygodniu udzielają porad uczestnikom, i kamerzyści
ukryci przed mieszkańcami za specjalnymi lustrami. Podwórko jest marzeniem
wszystkich dziennikarzy piszących o programie. Dostał się na nie tylko jeden: w
październiku wylądował na nim na spadochronie Willbrord Frequin z holenderskiej
stacji telewizyjnej SBS. Ochrona zareagowała natychmiastowo, ale i tak zdążył
nakręcić parę minut filmu.
W
domu "Big Broher" nie było telewizora, radia, magnetowidu, komputera,
telefonu ani jakichkolwiek innych urządzeń elektronicznych służących rozrywce,
czy uzyskiwaniu informacji. Mieszkańcy domu nie mieli dostępu do gazet,
czasopism, książek i zegarów. Byli pozbawieni kontaktu ze światem zewnętrznym.
Jedyny głos jaki docierał z zewnątrz, to głos Wielkiego Brata. Warunki panujące
w domu nie były luksusowe. Jedzenie i picie racjonowano. Mieszkańcy domu mogli zwiększyć swoje
przydziały jedzenia i picia, jeśli wykonali cotygodniowe zadania zespołowe
zlecane im przez Wielkiego Brata. Jeżeli nie udało im się wykonać zadania, ich
racje żywnościowe zostały zmniejszone. Od czasu do czasu przed mieszkańcami
domu stawiano dodatkowe, trudniejsze i bardziej skomplikowane zadanie do
wykonania, stwarzając im okazję do wygrania szczególnych nagród, takich jak
możliwość słuchania muzyki przez godzinę, otrzymania papierosów, a nawet
alkoholu.
Na wezwanie Wielkiego Brata mieszkańcy domu muszą stawić
się w specjalnym pomieszczeniu zwanym "konfesjonałem". Jest to pokój
wyposażony w kamerę i mikrofony - tutaj uczestnicy wskazują dwoje mieszkańców,
którzy powinni opuścić dom. Muszą też podać wyraźne powody swojej decyzji.
Przyszłość dwojga mieszkańców, którzy otrzymają najwięcej wskazań znajdzie się
wówczas w rękach widzów, głosujących w swoich domach. Widzowie dzwoniąc lub
głosując za pośrednictwem Internetu wskażą tego z dwóch wytypowanych
mieszkańców, który zostanie usunięty z programu. Wynik głosowania ogłaszano na żywo w programie podsumowującym
kolejny tydzień realizacji "Big Brothera". W tym programie widzowie
mieli możliwość spotkania się z usuniętą osobą, która bezpośrednio z domu
przechodziła do studia. Tutaj spotykała się z rodziną i przyjaciółmi i po raz
pierwszy zobaczyła to, co do tej pory oglądała cała Holandia. Po tygodniach
dokonywanych wyborów, jako ostatni z Domu wyszedł, dostając 250 tyś. guldenów –
Bart, 23 –letni bezrobotny.
Przed rozpoczęciem programu jego uczestnicy zapoznali się z
regulaminem programu "Big Brother" i z zasadami przebywania w domu.
Regulamin zakazuje stosowania jakichkolwiek pogróżek, czy tyranizowania
współlokatorów. Niedopuszczalne są akty wandalizmu i przemocy w stosunku do
innych mieszkańców. Naruszenie regulaminu powodowało automatyczne usunięcie
winowajcy z domu "Big Brothera". Ponadto, mieszkańcom domu nie wolno
było ujawniać innym uczestnikom programu, kogo ze swojego grona wskazali lub
planowali wskazać, jako osobę do usunięcia z domu. Podczas realizacji programu
przez całą dobę dyżur pełnili lekarze, pielęgniarki i psycholodzy.
Po pierwszych dniach pobytu uczestników w Domu, podniosły się głosy, że budynek w którym mieszkają to
klatka w więzieniu, lub zoo. „Skazani maja telewizję, bibliotekę, siłownię i
mogą rozmawiać przez telefon. A ci z Big Brother – nie. Więźniowie mają też o
1,5 guldena większą dzienną stawkę żywieniową, no i kamer jest więcej !”[9]
– mówi P.E. de la Chambre, dyrektor
zakładu karnego w Almere. Reżyserka widowiska Hummie van der Tonnekreek widzi w
domu raczej klasztor: „Ale mieszkańcy mają o wiele więcej swobody. Nie
obowiązuje ich przecież ślub milczenia”[10].
„To nie jest tak, że się jest więźniem, z domu Big Bothera można w każdej
chwili wyjść”[11] - broni się przed natarczywymi zarzutami
dziennikarzy Edward Miszczak, dyrektor programowy TVN.
Selekcja uczestników do programu jest niesłychanie
skomplikowanym i długotrwałym procesem. Kiedy w maju telewizja Veonica ogłosiła nabór, zgłosiło się dwa i pół
tysiąca chętnych. Twórcy Big Brother od razu odrzucili wszystkich, którzy nie mieścili się w
przedziale wiekowym 20 – 45 lat, bowiem widzowie stacji to osoby właśnie w
takim wieku. Wybrańcy musieli być sprawni fizycznie i nastawieni na przygodę,
tych którzy myśleli o pieniądzach, byli samotni bądź niezrównoważeni odrzucano. Producenci wyszli z założenia że
uczestnicy muszą mieć do kogo wrócić, samotnicy bez rodziny czy przyjaciół to
dla nich za duże ryzyko. Poproszono zatem potencjalnych kandydatów, by
przedstawili trzy nazwiska przyjaciół a wywiadowcy programu sprawdzali, czy
wszystkie fakty się zgadzają.
Mimo
starannych wyborów, pojawiła się w Holandii niemal natychmiast krytyka,
dlaczego wśród wybranych nie ma zróżnicowania rasowego (choć w Holandii jest
duża mniejszość z byłych kolonii, np. arabska), czy różnych orientacji
seksualnych.
W ten
sposób wytypowano 10 uczestników, pięć kobiet i pięciu mężczyzn. „Przeprowadzaliśmy
długie rozmowy ze wszystkimi ochotnikami, przekonywaliśmy że to ciężka próba
dla nich, ale może nawet cięższa dla ich rodzin”[12]
zaznacza Paul Romer. Producenci programu zarzekają się że dołożyli wszelkich
starań by po zakończonym projekcie, nikt nie ucierpiał. Mimo to, w kontrakcie
którego treść każdy musiał podpisać istnieje klauzula mówiąca o tym iż
uczestnicy nie mogą żądać odszkodowania za ewentualne załamania nerwowe w
przyszłości. Jak pokazała praktyka, te zastrzeżenie było bardzo ważnym posunięciem
telewizji. Zdarzały się przypadki,
których scenariusz programu nie przewidział. W hiszpańskiej wersji uczestnik
pobił kobietę, w angielskiej odkryto próbę sterowania tym, kto ma odpaść. W Stanach Zjednoczonych kłótnia dwójki
przyjaciół w „Big Brother” na tle rasowym, rozpoczęła publiczną dyskusję o tego
typu przedsięwzięciach. Glosy krytyki we wszystkich krajach w których realizowano reality show podnosiły się ze wszystkich możliwych źródeł. Są co najmniej trzy powody, dla których
programy typu "Big Brother" wywołują sprzeciw.
Po pierwsze, każdy
uczestnik tego programu regularnie oskarża innych i donosi na nich przed
publicznością. Tym samym - co stanowi pierwszy zarzut - widzowie nie tylko
podglądają uczestników programu, ale, co wynika ze scenariusza, zmuszają ich do
zachowań dwuznacznych etycznie.
Po drugie, jak pokazuje
przykład Niemiec i Holandii, to sceny erotyczne i ostre konflikty wśród
uczestników są bodźcem przyciągającym wielką widownię. Można zatem sądzić, że w
kolejnych odsłonach cyklu scen tych będzie więcej i staną się bardziej
drastyczne.
Po
trzecie wreszcie, w programie narusza się godność uczestników. Ci, którzy w nim
występują, nie są postaciami publicznymi. Nie wyróżniają się ani przenikliwą
inteligencją, ani wiedzą, ani cnotą, ani urodą. Nie mają ani władzy
politycznej, ani talentów artystycznych. Wymaga się od nich czego innego. Muszą
się obnażyć, odsłonić swoją prywatność, wyrzec się intymności. I to w stopniu
większym niż uczestnicy rozmowy telewizyjnej, zawodów sportowych czy
bohaterowie programów dokumentalnych. Muszą udawać, że zachowują się
naturalnie, jakby każdego ich kroku i gestu nie śledziło kilkadziesiąt kamer i
miliony widzów. Muszą poddać się osądowi i zyskać przychylność anonimowego
tłumu podglądaczy. Stają się tym samym igraszką w ręku widowni, która zyskuje
prawo do akceptacji lub odrzucenia całej ich osoby: charakteru, sposobu bycia,
przekonań, wyglądu. Widzowie zyskują złudzenie, że za pomocą głosowania mogą
eliminować, kierując się własnym kaprysem, nie lubianego bohatera.
Tendencja
we wszystkich krajach była jednakowa: im większa podnosiła się krytyka, tym
większa oglądalność miał program. Holenderskie Stowarzyszenie Psychologów oskarżało autorów programu o manipulowanie
ludźmi i narażanie ich na niebezpieczeństwo
chorób psychosomatycznych. Rzecznik Niemieckiej Konferencji Biskupów podkreśla
że zgoda na udział w programie niczego nie usprawiedliwia. Mówi że do
rosyjskiej ruletki ludzie tez by się zgłaszali i dodaje że Kościół w Niemczech wskazuje, że najlepszym wyjściem jest
wyłączenie telewizora. Prawdopodobnie
polski episkopat nie zajmie stanowiska wobec „Big Brother” by niepotrzebnie podsycać zainteresowanie. Na
propozycję by w polskim Wielkim Bracie umieścić charyzmatycznego młodego
księdza biskup Jan Charpek z Rady episkopatu Polski ds. Środków Społecznego
Przekazu, odpowiada że: „To prawie niemożliwe, bo to program głęboko
niemoralny, opierający się na podglądactwie.”[13]
Nie
tylko hierarchowie zajmują krytyczne stanowisko wobec przedsięwzięć w rodzaju
"Big Brother". Profesor filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej,
ojciec dominikanin Jan Andrzej Kłoczowski uważa taki program jest zdecydowanie
nieetyczny, albowiem sztucznie stwarzający nieludzką przestrzeń. Odziera on absolutnie człowieka z jego
prywatności, do której ma prawo. Mówi: „Tu człowiek staje się przedmiotem absolutnej manipulacji. Nie jest
celem, a tylko środkiem do osiągnięcia celu. Skoro godzi się na to za
pieniądze, to jest to rodzaj pozaseksualnej prostytucji.”[14]
I dodaje że Sartre mówił, że spojrzenie drugiego człowieka urzeczawia. Każde
podglądactwo jest takim urzeczowieniem. To chyba największy argument przeciwko
takim programom.
Przywołane przeze mnie już wcześniej
głosy, mówiące że reality show jest
programem dobrowolnym, nie uzasadniają wszystkiego i nie daje jednoznacznego
przyzwolenia na ich podglądanie. Pokusa bycia podglądanym niekoniecznie musi
wynikać z czystych chęci uczestnika programu. Często prawdziwą przyczyną jego
udziału jest wewnętrzna i być może nie odkryta jeszcze cecha – ekshibicjonizmu
o której wcale nie musi wiedzieć uczestnik reality show. Cecha ta może podświadomie pchać go do
udziału w tego typu wydarzeniach. Bowiem
do reality show zgłaszają się ludzie
młodzi, którzy chcą przeżyć przygodę, podjąć rywalizacje z innymi, chcą
zaistnieć i wierzą że tylko tą droga mogą osiągnąć popularność i sławę. Tacy
ludzie mają problem, bo czują się wartościowi dopiero w „świetle
jupiterów”. Ludzie o skłonnościach
ekshibicjonistycznych doświadczają życia jako sceny. Czują się dobrze, gdy są
obserwowani, wręcz starają się ściągnąć na siebie uwagę, zachowywać się tak,
jakby ktoś na nich patrzył. Psychologowie określają ich jako self monitoring people. Prowadzą oni
obserwacje własnej osoby, skupiają się na tym, by przyciągnąć uwagę innych.
Czasem na uwadze zależy im bardziej niż na aprobacie. Sobą są właśnie w obliczu
kamer, luster, widzów. Przeciwieństwem
takich osób są ludzie o cesze którą w psychologii nazywa się lękiem przed
ekspozycją. Wstydliwi ludzie przed kamerami starają się udawać, coś ukrywają,
są sztuczni. Jednak po przekroczeniu pewnego poziomu stresu mogą zapominać o
obiektywie.
Wśród głosów krytyki można znaleźć, choć nie bez problemu, także opinie bardziej
umiarkowane i stonowane. Antropolog
kultury profesor Roch Sulima uważa, że w przypadku takich programów jak „Big
Brother” nie ma mowy o podglądaniu czy o naruszaniu intymności. „Ludzie sami
przecież wystawiają się na oglądanie”[15].
Jego zdaniem w dobie telewizji nie zostało już nic, co można podejrzeć.
Wszystko, co jest na świecie, istnieje przez to, co było lub może być pokazane
w telewizji. Telewizja staje się kryterium prawdy życia, a programy takie jak
„Big Brother” chcą to potwierdzić. Najkrócej mówiąc: ten program jest
klonowaniem telewizji przez telewizję.
„Big
Brother” sprowokował dyskusje o przyszłości telewizji i łamaniu tabu. To jedna z faz przemian w telewizji. Spada
zainteresowanie dziennymi programami talk-show. Ich miejsce zajmą właśnie takie
tzw. realistyczne opery mydlane, jak „Big Brother”. Teraz akcja rozgrywa się w
kontenerze, potem będzie wyspa, a na końcu statek kosmiczny.
Mimo to, Rzecznik
Niemieckiej Konferencji Biskupów nie sądzi, żeby przyszłość telewizji stanowiły
programy dla podglądaczy: „Obserwujemy zjawisko "podkręcania" takich
atrakcji, poszukiwania coraz to nowych bodźców. Niedługo „Big Brother” zostanie
uznany za nudny i pojawi się coś jeszcze bardziej ekstremalnego. Ale ta
tendencja nie będzie wieczna. Ludzie w końcu odrzucą takie programy. Dojdą do
wniosku, że oglądanie ich to strata czasu”[16]
- stwierdził Rudolf Hammerschmidt.
Claudia Lampert z
Instytutu Badań Mediów na Uniwersytecie Hamburskim określa ten program jako
inscenizację realizmu: „Najważniejsze
elementy zostały dokładnie przemyślane i wykreowane. Spośród tysięcy kandydatów
wyszukano odpowiednie typy charakterów. Po odpadnięciu Zlatka wprowadzono do
akcji Sabrinę, blondynę z dużym biustem, chętną do rozmów o seksie. Ona ma
przejąć rolę magnesu przyciągającego widzów.”[17]
Nikt nie ma wątpliwości,
że na „Big Brother” się nie skończy. Zagraniczne doświadczenia pokazały, że po
takich programach niezwykle wysoka oglądalność spada i stacje telewizyjne
głowią się nad tym, jak wrócić do czołówki w rankingach. Niektórzy emitują
kolejne serie (od września kolejnego "Wielkiego Brata" realizują
wspólnie niemieckie kanały RTL i RTL 2), ale trudno spodziewać się, że spotkają
się z równie entuzjastycznym przyjęciem. Apetyt rośnie nie tylko u widzów,
także uczestnicy programu czują potrzebę przeżycia czegoś jeszcze bardziej ekscytującego,
choć trudno sobie wyobrazić, co mogłoby to być.
Bardzo trudno jednak prorokować, jak daleko telewizja,
która rządzi światem, może się posunąć i czy w ogóle został jeszcze jakiś
rejon, do którego nie zdołała dotrzeć. „Nie wiemy, co ludzie wymyślą. Problem jednak nie dotyczy przekraczania
dalszych granic, ale pustki ludzi, którzy w taki sposób szukają akceptacji. Bo
w pustce nie ma znaczenia, w którą stronę się spada”[18] mówi ksiądz profesor Kłoczowski.
Profesor Świda-Ziemba z Uniwersytetu Warszawskiego nie
wyklucza, że zgodnie z zasadą wahadła dzisiejsze tendencje mogą się odwrócić i
człowiek zacznie szukać akceptacji nie poprzez akceptację innych, a własne
poczucie wartości i indywidualności. Istnieją już przesłanki do snucia takich
przypuszczeń. Z badań, jakie profesor Świda-Ziemba przeprowadzała niedawno
wśród młodzieży licealnej z kilku miast Polski, wynikało, że za jedną z
najwyższych wartości uważają właśnie prywatność (Rzeczpospolita, nr. 275).
Życie poza Reality Show .
Gdy
światła reflektorów gasnął, kamery są wyłączone i program dobiega końca –
uczestnicy mogą wrócić do swoich „normalnych” żyć. Nie zawsze jednak owe „normalne” życie jest
takie jakie sobie uczestnicy wyobrazili. Udział w programie dla niektórych stał się początkiem prawdziwej
kariery. Sabina, bohaterka romansu z holenderskiej edycji, wcześniej stylistka,
rozpoczęła karierę fotomodelki i prowadzi w telewizji własny program o modzie.
Tara, holenderska policjantka, która wytrzymała w domu tylko jedenaście dni i sama
postanowiła odejść, porzuciła służbę w mundurze i trafiła na okładkę
"Playboya". Portugalczyk Marco został popularnym piosenkarzem.
Bezkonkurencyjny okazał
się jednak dwudziestoczteroletni bezrobotny mechanik samochodowy Zlatko. Choć
odpadł już po 41 dniach eksperymentu, stał się dla młodych Niemców prawdziwym
idolem. Nie tylko nagrywał piosenki, sprzedawał Zlatko-zestawy do joggingu czy
zaczął prowadzić własny program telewizyjny, ale nawet napisał książkę, choć
mawiał, że w szkole miał kłopoty z pisaniem wypracowań. Na wydawców poważnych
dzieł - jak się okazało podczas ostatnich Targów Książki we Frankfurcie - padł
strach, bo uznali, że nie telewizja ani Internet stanowią dla nich zagrożenie,
ale właśnie "zlatkoizacja". Dzieło bezrobotnego mechanika, który mówi
o sobie: „Co prawda nie wiem, kim jest Szekspir, ale mam mięśnie i jestem
śmieszny”, zrobiło bowiem furorę.
Nie wiadomo, jak radzą
sobie z powrotem do normalności ci uczestnicy eksperymentu, którzy nie zdołali
odnieść sukcesu. Psychologowie są zdania, że ich powrót do domu i szarej
rzeczywistości może okazać się bardzo trudny. Mogą nagle zdać sobie sprawę, że
skoro odkryli już wszystko, co mają, to teraz nic im, a także ich bliskim, nie
zostało. „Sfera intymna może być odsłonięta tylko wtedy, gdy istnieją do tego
bezpieczne warunki. Gdy takich warunków nie ma, sytuacja staje się groźna, bo
większość ludzi, którzy się odsłaniają w sposób niekontrolowany, czuje się
potem naga. A w konsekwencji jest bardziej narażona na zranienie ze strony
świata”[19]
wyjaśnia Anna Bersz.
Jak pokazały
zagraniczne przykłady, niemal wszyscy uczestnicy eksperymentu wracali do domu
entuzjastycznie witani przez setki fanów. Ale byli też i tacy (na przykład
Portugalczyk, który kopnął kobietę), którzy bali się opuścić dom Wielkiego
Brata. „Ujawnienie swoich emocji w sposób niekontrolowany może spowodować, że
niektórzy zostaną potem wyśmiani lub odrzuceni przez środowisko”[20]
- przypuszcza Bersz. Nie ma bowiem wątpliwości, że poddanie się oglądowi kamery
przez jeden dzień jest trudne, ale można się jeszcze maskować. Udawanie przez
sto dni już nie jest możliwe i w chwilach zmęczenia czy słabości bohaterowie
nie zawsze będą trzymać fason.
Szczególnym przypadkiem zakończył się eksperyment w
Szwecji. Po zakończonym programie jeden z jego uczestników próbował popełnić
samobójstwo.
Bohaterowie zagranicznych wersji „reality show”- „Agenta” czy „Big Brother” – dostawali propozycję
napisania książek, występu w telewizji, własnych talk – show. O bohaterach
polskiego „Agenta” jest cicho. Nikt nie proponuje im wielkiej kariery. Jurek udzielił jednego wywiadu lokalnej
gazecie. Remkowi zaproponowało współpracę pismo uniwersyteckie, ale to jeszcze
nic pewnego. Romek organizuje wyjazd na narty w lutym, jedzie kilka osób z
grupy. Izolda, gospodyni domowa z Żywca, jest rozgoryczona. „Zobaczyłam
czerwone piórko. Dostałam szału, Nie pokazali tego w telewizji, ale
przewróciłam kamerzystę. Przed odlotem zażądałam w hotelu wina. Wypiłam całą
butelkę. Nie mogłam dojść do siebie.”[21]
Izolda dodaje że tych kilkanaście dni znaczyło więcej niż całe jej życie - „był to szczyt mojego życia”[22].
Wszyscy oprócz Jurka, emerytowanego górnika, który się obraził, chcieli wrócić
by do świata „Agenta”. Co teraz ? Czas wrócić do normalności, która nie jest
taka łatwa do zniesienia. Izolda po programie poszła do pracy, jest akwizytorem
wyrobów czekoladowych. „Codziennie budzę się i żałuję, że się już skończyło. Na
Wigilię pojechałam do Izy. Mam u niej swoje łóżko. Powspominałyśmy.”[23]
Remek
również nie może znaleźć sobie miejsca. Na spotkaniach towarzyskich oblegał go
zawsze tłum ludzi, który tracili zainteresowanie, gdy dowiadywali się że
kontrakt zabraniał ujawniać kto jest „Agentem”. Remek jest jeszcze z jednego powodu rozgoryczony. Po powrocie z Francji
odeszła od niego dziewczyna widząc jak zabija królika: „W ogóle jej nie
widziałem po „Agencie”. Szkoda. Niedługo spotykamy się z grupą, będziemy kręcić
epilog. Będzie jak dawniej. Choć przez chwilę.”[24]
O życiu poza reality show mówi Ewa Leja, producent programu: „Daliśmy im piękny
prezent, wspomnienia. Wciąż dzwonią do mnie. Naprawdę się zaprzyjaźniliśmy. Oni
się zaprzyjaźnili ze sobą. Ale niektórzy myślą, że zorganizujemy im resztę
życia. A program się skończył.”[25]
Uwagi końcowe.
Podglądackie
programy mówią wiele o kondycji współczesnej sztuki. Pokazują, jak bardzo jest
bezradna – nie potrafi towarzyszyć człowiekowi w jego dramacie, nie umie
sprostać rzeczywistości, opisać jej wiarygodnie. Popularna kultura bardzo
często próbuje dowieść czegoś zupełnie przeciwnego. I czyni to nierzadko dla
zysku i popularności. Jej twórcy i promotorzy w pogoni za sukcesem gotowi są
popełnić niemal każdą niegodziwość. A tego rodzaju zachowanie nie tylko nie
budzi radykalnego sprzeciwu, ale nierzadko bywa aprobowane. Ci nieliczni,
którzy próbują protestować, są podglądani i zmuszani do podglądania. Nie mają
wyboru, coraz trudniej dzisiaj po prostu odwrócić wzrok.
Tymczasem dzisiejsze,
oferowane przez media podglądactwo zastępcze jest przykładem obrzydliwego
lenistwa, które, choć odlegle powodowane głodem odmiennej rzeczywistości, nie
może mieć żadnej wartości poznawczej. Wartość tę, jak trafnie zauważył Freud
przywołany na początku, może mieć tylko głęboko intymna przygoda szokującego
odkrycia, odsłaniająca małym podglądaczom zakazane rejony świata.
Z
dwojga złego zatem wydaje się, że już lepiej byłoby, gdyby media ograniczyły
się do prezentacji sztucznych rajów i wycofały się z symulowanego podglądactwa;
gdyby wybrały spełnienie ludzkiej potrzeby fantazji, a nie zaspokajanie równie
ludzkiego głodu rzeczywistości. Współczesne badania socjologiczne nad dziećmi
wychowywanymi w przesyconej symulakrami kulturze Zachodu dobitnie pokazują, że
ich ciekawość w stosunku do otaczającego ich świata, łącznie z osobami
rodziców, dramatycznie spada. Dzieci, nasycone obrazami obu rodzajów – i tymi
pięknymi, które oddziałują na ich wyobraźnię, i tymi szokującymi, które
zaspokajają ich głód egzystencjalnych tajemnic – najwyraźniej utraciły ochotę
do eksplorowania ich najbliższego otoczenia; ich ciekawość została ukojona,
zanim się jeszcze narodziła. W pewnym sensie sprawiają one mniej kłopotu swoim
wychowawcom; nie podpatrują, nie podsłuchują, nie podglądają przez dziurkę od
klucza, nie wykradają sekretów dostępnych tylko dorosłym.
Z jednej strony to
oczywiście prawda, że ciekawość, zwłaszcza niezdrowa, to pierwszy stopień do
piekła – z drugiej jednak “dziecięce nieposłuszeństwo”, łamiące tę regułę, od
zawsze było motorem wszystkich istotnych odkryć natury egzystencjalnej. Bez
ciekawości, bez zdziwienia, szoku człowiek nie może sam stać się tym, czym był
od zawsze, istotą pasjonującą i niezwykłą. W rezultacie staje się nudny,
przewidywalny i ograniczony do świata, który na zapas spełnia wszystkie jego
potrzeby, zabijając w nim najbardziej twórczy i witalny impuls – jego głód
rzeczywistości.
Jacek Santorski, mimo wielu słów krytycznych broni tego
typy projekty: „Co jest tajemnicą niebywałego sukcesu programów reality show, że pokazywane są we
wszystkich niemal krajach. Czy cierpimy na jakąś zbiorową psychozę opartą na
potrzebie podglądania innych a może oznacza to po prostu że jesteśmy
autentycznie ciekawi, ciekawi życia innych ludzi, ciekawi siebie, a ci
najodważniejsi z nas, którzy gotowi są uczestniczyć w tej grze stwarzają nam
podstawy do zastanowienia się nad nimi a także nad samym sobą?” [26]
Bibliografia
Baudrillard Jean 1999, Ameryka, Wyd. Sic!, Warszawa
Chałasiński Józef 1962. Kultura amerykańska, Ludowa Spółdzielnia
Wydawnicza, Warszawa
Skorupka Stanisław (red.) 1968, Mały Słownik języka polskiego, PWN, Warszawa
Prasa.
Cordova Fernando, Ładna sztuka za szkłem [w:]
Polityka
Haszczyński Jerzy, Zladdi na prezydenta [w:]
Rzeczpospolita, 22 IV 2000
Jabłońska Katarzyna, Naga prawda [w:] Tygodnik Powszechny, 8
IX 2000 (6)
Mazurski Robert, Igrzyska czy laboratorium [w:] Nowe
Państwo, 8 XII 2000
Stech Grzegorz, Wielki brat po polsku, [w:] Gazeta
Poznańska, 1 III 2000
Talko Leszek K., Wakacje z Agentem [w:] Magazyn, Gazeta
Wyborcza,,4 I 2001 (3)
Talko Leszek K., Wojciech
Maziarski, Wielki Brat Puszcza Balony
[w:] Magazyn, Gazeta Wyborcza, I 2000
Winnicka Ewa, Przychodzi
człowiek do kamery [w:] Polityka nr 48/99
Zalewska Luiza Wielki Brat małych ludzi [w:]
Rzeczpospolita, 25-26 XI 2000 (275)
Internet.
Film.
Truman show reż. Peter Weir, 1997
Big Brother – pierwsze spotkanie (film dokumentalny) TVN, 2000
[1] Skorupka S. (red.) Mały
Słownik języka polskiego, 1968, PWN,
Warszawa
[2] Baudrillard Jean, Ameryka, Warszawa 1999
[3] Mazurski Robert, Igrzyska czy laboratorium [w:] Nowe
Państwo, 8 XII 2000
[4] Zalewska Luiza, Wielki Brat małych ludzi [w:]
Rzeczpospolita, 25-26 XI 2000 (275)
[5] cyt. za Truman show reż. Peter Weir, 1997
[6] Talko Leszek K., Wakacje z Agentem [w:] Magazyn, Gazeta
Wyborcza,,4 I 2001 (3)
[7] Winnicka Ewa, Przychodzi człowiek do kamery [w:]
Polityka nr 48/99
[8] Talko Leszek K., Maziarski
Wojciech, Wielki Brat Puszcza Balony
[w:] Magazyn, Gazeta Wyborcza, I 2000
[9] Talko Leszek K., Maziarski
Wojciech, Wielki Brat Puszcza Balony
[w:] Magazyn, Gazeta Wyborcza, I 2000
[10] Tamże.
[11] Zob. Big Brother – pierwsze spotkanie (film dokumentalny) TVN, 2000
[12] Talko Leszek K.,
Maziarski Wojciech, Wielki Brat Puszcza
Balony [w:] Magazyn, Gazeta Wyborcza, I 2000
[13] Zalewska Luiza, Wielki Brat małych ludzi [w:]
Rzeczpospolita, 25-26 XI 2000 (275)
[14] Tamże.
[15] Tamże.
[16] Haszczyński Jerzy, Zladdi na prezydenta [w:]
Rzeczpospolita, 22 IV 2000
[17] Tamże.
[18] Zalewska Luiza, Wielki Brat małych ludzi [w:] Rzeczpospolita,
25-26 XI 2000 (275)
[19] Tamże.
[20] Tamże.
[21] Talko Leszek K., Wakacje z Agentem [w:] Magazyn, Gazeta
Wyborcza,,4 I 2001 (3)
[22] Tamże.
[23] Tamże.
[24] Tamże.
[25] Tamże.
[26] Zob. Big Brother – pierwsze spotkanie (film dokumentalny) TVN, 2000
- Zaloguj się lub zarejestruj by odpowiadać
