• : Function ereg() is deprecated in /home/kamil3/domains/nauki-spoleczne.info/public_html/includes/file.inc on line 649.
  • : Function ereg() is deprecated in /home/kamil3/domains/nauki-spoleczne.info/public_html/includes/file.inc on line 649.
  • : Function ereg() is deprecated in /home/kamil3/domains/nauki-spoleczne.info/public_html/includes/file.inc on line 649.
  • : Function ereg() is deprecated in /home/kamil3/domains/nauki-spoleczne.info/public_html/includes/file.inc on line 649.
  • : Function ereg() is deprecated in /home/kamil3/domains/nauki-spoleczne.info/public_html/includes/file.inc on line 649.
  • : Function ereg() is deprecated in /home/kamil3/domains/nauki-spoleczne.info/public_html/includes/file.inc on line 649.

Kryzys moralności - prawda czy złudzenie ?

Posted by nauka on nie., 03/16/2008 - 09:35


„Wychwalamy cnotę, lecz
nienawidzimy jej,

lecz uciekamy przed nią, lecz ona
marznie,

a na tym świecie trzeba mieć ciepło w nogi.”

Diderot

Reguły
moralne, włączając w to pojęcia grzechu i cnoty są częścią wszystkich znanych
społeczeństw ludzkich. Kolejne pokolenia ludzi usiłują uporać się z pytaniem „jak powinienem żyć ?”. Niezliczona
ilość idei filozoficznych próbuje określać warunki obowiązywania norm moralnych
i sposoby ich uzasadniania.
Dyscyplinę filozoficzną zajmującą się ustalaniem (na
podstawie przyjętych ocen i norm) dyrektyw moralnego postępowania lub
podejmującą opis, analizę i wyjaśnienie rzeczywiście istniejącej moralności
nazywa się etyką. Za jej prekursora uważany jest Sokrates, który przedmiot
zainteresowania etyki określił jako moralną powinność działania. Istotę
moralnie słusznego działania stanowiła dla niego afirmacja godności osoby
ludzkiej, zaś konsekwencją cnotliwego życia było osiągnięcie szczęścia. Kolejni
filozofowie na przestrzeni tysięcy lat rozwijali naukę o moralności, próbując
znaleźć odpowiedź na pytanie skąd tak naprawdę należy wywodzić istnienie reguł
decydujących o tym co dobre, a co złe i jakie kryteria obowiązują przy ich
realizacji. Począwszy od uczniów Sokratesa (Arystyp z Cyreny, Antystenes i
Platon), poprzez średniowieczną filozofię chrześcijańską (św.Augustyn,
św.Tomasz z Akwinu), teorie Pascala, Kanta, Hegla, Marksa, Nietschego, Bergsona
i wielu innych przewijały się bardzo różne tendencje. Wciąż jednak są to
zagadnienia kuszące dla filozofów i niepokojące dla większości zdolnych do
myślenia śmiertelników.

Moralność
jakiejś grupy bądź jednostki rozumiana jest jako zbiór sądów dotyczących dobra
i zła, jakie ta grupa czy jednostka odnosi do ludzkich działań. Działania stają
się dobre lub złe tylko przez to, że są jako takie oceniane. Moralność to zatem
szczególny rodzaj sądów, które nie są zwykłymi stwierdzeniami dotyczącymi
faktów, lecz ocenami, sądami o charakterze wartościującym. Dziedzina moralna
zostaje ustanowiona przez działania pozostające w gestii inicjatywy i osądu
każdej jednostki.

W ostatnim okresie czasu często rozbrzmiewają publicznie głosy
stwierdzające, że cywilizacja zachodnia schyłku XX wieku jest okazem upadku i
degradacji moralnej, jaka nigdy wcześniej nie miała miejsca. Są to mocne słowa,
które mają zapewne na celu zwrócenie uwagi na szereg problemów z jakimi
przychodzi się współczesnym społeczeństwom borykać. Czy jednak kryzys
moralności jest faktem czy jedynie złudzeniem przewrażliwionych
intelektualistów ? Właściwie niemożliwym jest postawić jednoznaczną i
obiektywną odpowiedź. Każdy inaczej postrzegać może symptomy moralnego upadku,
zwłaszcza że moralność to niezwykle indywidualna w odbiorze sfera. Nie ulega
jednak wątpliwości, że ludzie od wieków porównywali swoje życie z życiem
wcześniejszych pokoleń i zawsze niemal dochodzili do niewesołych wniosków.
Właściwie więc koniec tysiąclecia ma prawo wywoływać podobne obawy,
zwielokrotnione jeszcze niecodzienną rangą wydarzenia. Ostatecznie kilka
tysięcy nawiedzonych jasnowidzów wmawia nam codziennie, iż za kilka lat wszyscy
znajdziemy się w raju, w piekle lub co gorsza porwani przez kosmitów w całkiem
nam obcej galaktyce... Wygląda na to, że upadek moralny to stan, w którym
ludzkość trwa nieustannie, natomiast sama moralność stanowi zbiór mrzonek,
reguł ustanowionych mocno na wyrost, które wprawdzie chcielibyśmy realizować,
lecz brak nam ku temu dostatecznej siły woli. Myślę jednak że ma miejsce coś
więcej niż tylko okresowa refleksja nielicznej grupki moralistów nad tym jak niewiele różnimy się od zwierząt, jak
chętnie ulegamy grzesznym popędom i pierwotnym instynktom, wbrew zasadom
społecznego współżycia. Ludzkość zaczyna powoli przekraczać bariery, które
dotąd wydawały się niewyobrażalnie odległe lub wprost niedostępne.
To co przez 2000
lat było oczywiste, nagle oczywistym być przestaje. Triumfy święci relatywizm,
dawne oceny dobra i zła przestają być adekwatne do wyzwań przed którymi staje
dzisiejszy człowiek Tempo rozwoju
technicznego przyrasta w postępie geometrycznym, napędzając się samo niemal jak
wymarzone perpetum mobile. Radykalne zmiany następują nie w przeciągu setek czy
dziesiątek lat lecz często miesięcy i dni. Być może zdolności adaptacyjne
ludzkiej psychiki osiągają kres, za którym leży już tylko szaleństwo... Póki co
załamanie wydają się przeżywać zasady i normy uznawane dotąd w kręgu kultury
chrześcijańskiej za niepodważalne. Części z nich nie można po prostu dopasować
do stylu funkcjonowania dzisiejszych społeczeństw. Zbyt mocno bowiem wkraczają
w tak chronioną obecnie sferę prywatności. Próbują regulować czysto intymne
zachowania jednostki. Dotąd oparciem dla norm moralnych wydawała się być
religia. Te dwie dziedziny zresztą są ze sobą od zawsze nierozerwalnie
związane. Przez ogromną część ludzkiej historii reguły moralne były
przechowywane w religijnych kontekstach i wyposażone w sakralny sens, a ich
uzasadnianie dokonywało się poprzez odwołanie do boskiej woli i boskich
nakazów. Teraz jednak religia przestaje powoli odgrywać rolę „strażnika dusz”
milionów ludzi. Widać to szczególnie w mocno zlaicyzowanych społeczeństwach
zachodnich, ale i nasz kraj nie stanowi w żadnym razie jakiegoś mistycznego
bastionu opierającego się dzięki bożemu posłannictwu, moralnej „zgniliźnie”. Masowa
konsumpcja i szeroki jak nigdy dotąd dostęp do informacji oraz wiedzy, dokonują
poważnych zmian w dotychczasowej hierarchii wartości. Oczywiście nie można
popadać w niepotrzebną przesadę i skrajny pesymizm. Upadek wierzeń religijnych
nie oznacza jednocześnie realizacji stwierdzenia ”jak Boga nie ma, to wolno
wszystko”. Tak naprawdę dziesięć przykazań wciąż w dużej mierze wyznacza kanon
słusznych zachowań oraz pole indywidualnego postrzegania dobra i zła. „Nie
zabijaj”, „nie kradnij”, „nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu
swemu” - niewiele znajdzie się chyba osób gotowych publicznie zaprzeczyć
potrzebie ich funkcjonowania w życiu społecznym. Reguły te nie stoją w
sprzeczności z tak łatwo dostrzegalnym obecnie dążeniem do maksymalizacji wolności
jednostki. Ograniczają bowiem jedynie wolność postrzeganą w kategoriach
absolutnego braku jakichkolwiek powinności względem innych ludzi, co nigdy i nigdzie nie miało miejsca.
Szansę na przeżycie takiego uczucia ma być może ostatni człowiek pozostały na
Ziemi po totalnej zagładzie jądrowej. Ale ja z pewnością nie chciałbym nim być.
Zasady o których była mowa wyznaczają natomiast granicę swobodnego działania
tam, gdzie zaczyna się dobro drugiej osoby. Przydatność ich istnienia wspierają
bez wątpienia doświadczenia zebrane w długotrwałym procesie kształtowania
społeczno-moralnego obrazu dzisiejszej cywilizacji. Co więcej, funkcjonują one
nie tylko na zasadzie moralnych nakazów, których realizacja zależy od
indywidualnej woli, lecz zostały usankcjonowane przez systemy prawne
poszczególnych państw

Społeczeństwa dzisiejsze stoją w obliczu dylematów i trudności
moralnych, które dawniej nie były znane, z kolei część zasad przez tysiące lat
choćby pozornie akceptowanych nie zdołała utrzymać swojej racji bytu i zdezaktualizowała się. Tym samym przestała
być dla olbrzymich rzesz, zwłaszcza zaś dla młodego pokolenia wiążąca. Tak
wygląda na przykład często podnoszona kwestia zmiany postaw dotyczących ciała i
seksualności człowieka. Tolerancja w zakresie zjawisk takich jak
homoseksualizm, współżycie przedmałżeńskie i pozamałżeńskie, obniżony znacząco
wiek inicjacji seksualnej, jest już zjawiskiem nieomal powszechnym. Owszem,
wzbudza oburzenie co bardziej ortodoksyjnych przedstawicieli przeróżnych
religii i ugrupowań zwących się dumnie konserwatywnymi, lecz w rzeczywistości
przełom jakiego dokonała tzw. rewolucja seksualna niemożliwy jest do cofnięcia.
Tymczasem Europa czerpiąca nadal pełnymi garściami z tradycji chrześcijańskiej
ma tam do tej pory zawarty bardzo ascetyczny wzorzec. Wcześni chrześcijanie
stykający się z bardzo swobodną obyczajowością Cesarstwa Rzymskiego, dla
przeciwwagi podkreślali i kreowali swoją inność. Św. Paweł, św. Augustyn i
szereg innych teologów Kościoła wyraźnie deprecjonowało czy wręcz potępiało
uleganie namiętnościom i grzesznym zmysłom. W Kościele Katolickim do drugiego
Soboru Watykańskiego, normalne było jedynie współżycie seksualne w celach
prokreacyjnych i w ramach małżeństwa rzecz jasna. Nie oznacza to bynajmniej, że wszyscy i
zawsze przestrzegali tych przepisów. Jednak zakazy mocno wpisały się w
społeczną świadomość. Dopiero właśnie rewolucja seksualna z lat
sześćdziesiątych sprawiła, iż nastąpił przełom w postrzeganiu sfery życia
płciowego. Co więcej - swoboda obyczajowa w tym zakresie na tyle szybko się
rozszerzyła, że niektórych zaczęła wręcz przerażać. Tak naprawdę bowiem
całkowite rozluźnienie wszelkich ograniczeń i hamulców to groźny proces. Trudno
bowiem przewidzieć jego rezultaty w dłuższym okresie czasu...

W zasadzie umiejętność
rozróżniania dobra od zła nabywamy we wczesnym dzieciństwie.
Już małe dzieci
uczą się bowiem co jest zakazane, a co trzeba robić pod groźbą większych bądź
mniejszych sankcji. Jakie efekty
przyniesie ta nauka zależy nie tylko od nas samych, ale w dużej mierze od
środowiska i wpływów zewnętrznych. Tymczasem otoczeni ze wszystkich stron
hałaśliwą komercyjną tandetą, wystawieni na obrazy epatujące brutalnością i
okrucieństwem, pędzimy przez życie nie zastanawiając się zbyt długo nad tym co
pozostaje nam w głowach po godzinach telewizyjnych seansów. Środki masowego
przekazu nie tylko podają fakty, ale też kształtują opinie i zachowania,
dostarczają niezbyt wyrafinowanej rozrywki dla szerokich mas, nie przyjmując
jednak odpowiedzialności za dalej idące konsekwencje nadawanych treści. I nie
jest to bynajmniej apel o cenzurę mediów. Moim zdaniem każdy dorosły człowiek
ma pełne prawo decydować o sobie i samodzielnie podejmować wybory. Także
związane z doborem informacji czy przekazów medialnych. Telewizor posiada
przycisk odłączający zasilanie, a „gorszące” czasopismo może dalej leżakować na
półce w kiosku. Inaczej ma się sprawa z dziećmi. Wprawdzie teoria wychowania
zakłada czynny i aktywny udział w tym procesie rodziców, szkoły oraz innych
specjalizowanych instytucji, lecz rzeczywistość jak zwykle mocno odbiega od
pięknej idei. W tej sytuacji trudno się dziwić słuchając codziennych
komunikatów o zbrodniach popełnianych przez niepełnoletnich „telemaniaków”.
Znacznie już trudniej uwierzyć w standardowe: „...to był taki grzeczny
chłopiec...” lub „...przecież jego rodzice to tacy porządni , przyzwoici
ludzie...”. Ktoś przecież popełnił jakiś błąd ?! Szczerze mówiąc nie dostrzegam
żadnej rozsądnej możliwości zapobieżenia takim zjawiskom. Potrzebne jest
kształcenie ludzi, w toku którego nauczą się oni czerpać pozytywne wzorce z
tradycji i kultury i adaptować je do współczesnych warunków oraz zrozumieć
odpowiedzialność jaką nakłada bycie członkiem jakiejkolwiek wspólnoty, a
następnie przekazać tą wiedzę swojemu potomstwu. W gruncie rzeczy życie w poczuciu, że za
dzień lub dwa świat może przestać istnieć (bo taki etap ludzkość zdołała dzięki
zbiorowym wysiłkom osiągnąć - pojedynczy człowiek jest w stanie przez
naciśnięcie jakiejś dźwigni fizycznie uśmiercić wiele milionów ludzi, czego nie
mogli uczynić jego poprzednicy uzbrojeni w maczugi, miecze czy strzelby... ),
nie sprzyja zbytnio umacnianiu poczucia ciągłości i troski o kolejne pokolenia.
Jednak świat światem, a każdy z nas przekonany jest do głębi o własnej nieśmiertelności
i sprzyjającym szczęściu. Życie ludzkie z wyjątkiem nielicznych warstw, zawsze
było trudne, brutalne i pełne różnorodnych zagrożeń natury czysto fizycznej.
Zwykle też łączyło się z obłudnie krytykowanym uleganiem popędom i „niecnym”
chuciom, co stanowiło zapewne rodzaj terapii a przy okazji (lub może przede
wszystkim) zapewniało przetrwanie gatunku... Tymczasem obecnie mamy prawdziwy
przełom. Większość obywateli państw wysoko rozwiniętych nie musi jak niegdyś
bezustannie troszczyć się o przeżycie dnia następnego. Czas wcześniej
poświęcany na zabezpieczanie najprostszych potrzeb, można obecnie przeznaczyć
na zupełnie inne rzeczy. Nareszcie wyeliminowany został w dużym zakresie
element, który przeszkadzał w rozpowszechnieniu się hedonistycznego stosunku do
życia. Nawiasem mówiąc od wieków demoralizację zarzucano zazwyczaj bogatym i
ustabilizowanym bytowo warstwom społecznym. Tyle że niegdyś była to nieliczna
elita wybrańców losu, dziś natomiast całkiem spore grono zwykłych zjadaczy
chleba. Kryzys moralności, jeśli oczywiście przyjąć, iż faktycznie ma miejsce,
jest moim zdaniem związany z tym, że ludzie mogą więcej i wiedzą więcej niż
kiedykolwiek wcześniej. Być może nie dorośliśmy do tego etapu, a zmiany
następują szybciej niż umiejętność dostosowania się do nich i wypracowania
godnych zasad życia ? Nazwałbym to zachłyśnięciem się swoją potęgą (choć rzecz
jasna słowo „potęga” jest mocnym wyolbrzymieniem rzeczywistego poziomu
możliwości). Jeśli zdolni jesteśmy sięgnąć do gwiazd i klonować setki
identycznych owieczek Dolly, blisko nam już na wymarzony boski Olimp. Tymczasem
jednak nadal gwałcimy, oszukujemy i
zabijamy się wzajemnie. Niemożność dorównania zwierzęcej części naszej natury
do rozmarzonego szlachetnego (???) i idealizującego Ego, rodzi gigantyczne
zbiorowe frustracje rozładowywane w dekadenckich orgiach masowej konsumpcji,
bądź ucieczkę zagubionych jednostek z rozpadających się rodzin wprost w ramiona
fałszywych proroków i dealerów kolorowej fantazji... Na szczęście nie wszystko wygląda tak
fatalnie. Świadomość bezsensu nadmiernie materialistycznej wizji świata i kultu
czystej przyjemności (bez przyjmowania odpowiedzialności za cokolwiek) w
miejsce tradycyjnych wartości duchowych jest chyba dość spora, tak jak coraz
większy wydaje się być lęk o to, że droga, którą kroczymy do nikąd nie
prowadzi. Zastępowanie norm moralnych dążeniem do maksimum rozkoszy w obawie,
że po kilkudziesięciu latach egzystencji czeka nas nieodwołalna nicość, nie
zapewnia szczęścia, a jedynie odrobinę tamuje strach...Dlatego myślę, że
prędzej czy później nastąpi masowy zwrot w stronę tego, od czego bezskutecznie
próbowaliśmy się uwolnić traktując wszelkie zasady jak zbędny balast. One
bowiem bardzo ułatwiają życie, nawet jeśli wielu z nich po prostu nie
przestrzegamy. Stanowią swego rodzaju
drogowskaz, który podpowiada którą drogą winniśmy iść by nie krzywdzić
bliźnich.

Zdaję sobie sprawę, iż w gruncie rzeczy nie udzieliłem w niniejszej
pracy choćby częściowej odpowiedzi na tytułowe pytanie. Jednak jest to świadome
pominięcie, spowodowane niemożnością dokonania wyrazistej diagnozy etapu, na
jakim znalazła się dziś ludzka cywilizacja. Z jednej strony zagrożenia, z drugiej szanse, wszystko zaś
bezustannie podlegające zmianom i ewolucji w niewiadomym tak naprawdę kierunku.
Jeśli świat będzie istniał jeszcze choćby kilkaset lat, z pewnością cały ten
czas będzie słychać opinie o jego moralnym upadku. Lecz jeśli słowa te są
prawdą, to kiedy nieszczęsny ród ludzki znajdował się na owych duchowych
wyżynach z których ustawicznie się stacza ?

Odnoszę wrażenie,
że nigdy. Historia cywilizacji zaś to nie równia pochyła, lecz prosta droga
wciąż w nieznane...

Bibliografia:

1. „Historia
filozofii” - W.Tatarkiewicz

2. „O wartościach,
normach i problemach moralnych” - wybór tekstów

3. „Podstawy nauki
o moralności” - M.Ossowska

4. „Wędrówki po
filozofii” - Leon Louis Grateloup

5. „Zagadnienia
edukacji prorodzinnej” - J.Rzepka